– Zawsze mówiłem, że cła to najpiękniejsze słowo w słowniku. I zostałem napomniany przez fakenewsowe media: co z miłością, religią i Bogiem? I powiedziałem, że się zgadzam. Postawmy Boga na pierwszym miejscu, religię na drugim, a miłość – chyba powinna być na trzecim, prawda? I potem są cła, bo cła uczynią nas znowu bogatymi jak diabli – oświadczył Donald Trump, przemawiając do ludzi zgromadzonych w waszyngtońskiej hali widowiskowej Capital One Arena w dniu jego inauguracji.
Rolę, jaką mają odegrać cła w jego drugiej kadencji, Trump podkreślał przez wiele miesięcy kampanii wyborczej, a ich znaczenie można chyba porównać wyłącznie z tym, jakie prezydent nadał budowie muru w czasie swojej pierwszej kampanii wyborczej: tym razem cła miały być lekiem na wszystko.
Książę chaosu
Pierwsze tygodnie nowej administracji przyniosły jednak przede wszystkim chaos. Trump co i rusz zapowiada nowe cła: na Meksyk, na Kanadę, na Chiny, na Unię. Potem się z nich wycofuje albo opóźnia implementację.
Zapowiedzi pojawiło się już tyle, że na amerykańskich portalach informacyjnych można znaleźć specjalne diagramy, pozwalające zorientować się w aktualnej sytuacji. Są daty, produkty objęte nowymi cłami, ich wysokość i aktualny status – w sumie ponad 20 pozycji.
Gubią się w tym komentatorzy i ekonomiści, a inwestorzy oraz zwykli konsumenci odczuwają coraz większy niepokój. Amerykańska giełda przeżywa prawdziwą huśtawkę nastrojów, ale od inauguracji prezydenta Trumpa indeks giełdowy S&P 500 spadł o ok. 7 proc.
Badania nastrojów konsumenckich pokazują znaczące spadki od początku lutego – Amerykanie spoglądają na gospodarkę z niepokojem porównywalnym do tego z 2021 roku.
Wg ostatniego badania zleconego przez stację CBS 55 proc. ankietowanych uważa, że Trump zbyt dużo zajmuje się cłami. 64 proc. jest zdania, że zrobił zbyt mało, by obniżyć ceny. 72 proc. uczestników przewiduje, że cła spowodują wzrost cen w krótkiej perspektywie czasowej.
Uczyńmy Amerykę znowu wielką!
Donald Trump jest przekonany, że przez całe dekady Stany Zjednoczone były wykorzystywane, przede wszystkim przez partnerów i sojuszników. Dzięki amerykańskiej opiece, państwa te mogły oszczędnie wydawać na własną obronność i budować własny dobrobyt oraz sieć zabezpieczeń socjalnych. Mogły też wykorzystywać niezwykle chłonny amerykański rynek, eksportując swoje produkty.
Umowy o wolnym handlu spowodowały, że zakłady produkcyjne przeniosły się do krajów, gdzie koszty były niższe, np. do Meksyku. To wszystko zaś stało się przyczyną obecnych problemów USA: niskopłatnych i mniej stabilnych miejsc pracy, bezrobocia w dawnych regionach przemysłowych, szybko rosnącego zadłużenia kraju.

Szybki przyrost długu publicznego, który w przypadku USA sięgnął już 36 bilionów dolarów, a którego obsługa pochłania rocznie 8 proc. federalnego budżetu, jest jednym z problemów, które Trump chciałby rozwiązać, by, jak twierdzi, uratować kraj dla przyszłych pokoleń.
By tego dokonać, musi drastycznie zredukować olbrzymi deficyt, który wynosi prawie dwa biliony dolarów rocznie. Swoją rolę ma tu do odegrania Elon Musk, tropiący marnotrawstwo i poszukujący cięć w wydatkach.
Zobacz również:
Ale sam Musk, nawet jeśli wszystko mu się powiedzie, to wciąż będzie za mało. Dlatego potrzebne są wpływy z ceł. Ale nie tylko. Niezbędny jest również dynamiczniejszy wzrost gospodarczy.
I tu znaczenie ceł jest jeszcze większe. Cła mają sprawić, że importowanie towarów do USA ma się stać mniej opłacalne, tak by bardziej opłacalna stała się produkcja. Kominy fabryczne znów mają zacząć dymić. Pas rdzy ma się na nowo stać pasem przemysłowym. Amerykańscy robotnicy, jak w połowie XX wieku, znowu mają mieć pracę za dobrą pensję w amerykańskiej fabryce. Jeśli niemieckie czy chińskie korporacje chcą dalej czerpać profity ze sprzedaży swoich dóbr amerykańskiemu konsumentowi – to niech produkują w USA i tam płacą podatki. Tak rozumuje obecna administracja.
Cła jako pałka
W polityce zagranicznej Trump uznaje przede wszystkim siłę. Liczy się to, co jedno państwo może wymóc na drugim groźbą ekonomiczną i militarną. Cła stanowią doskonałe narzędzie w jego arsenale.
Groźbą utrudnienia dostępu do amerykańskiego rynku można wiele wymusić: na Kolumbii, by przyjęła deportowanych imgrantów, na Meksyku – by wysłał żołnierzy na granicę. A kto wie, może uda się jeszcze coś wymóc na Europejczykach, zmusić Iran do negocjacji, a Rosję do rozejmu z Ukrainą? Jak na razie groźby okazały się skuteczne przede wszystkim w odniesieniu do mniejszych graczy – jak wspomniana Kolumbia.
Ale jest jeszcze inny problem. Wielki plan reindustrializacji Ameryki zakłada, że w odpowiedzi na cła, inwestorzy z całego świata pospieszą budować zakłady na terytorium USA.
Ta wizja może się ziścić lub nie, ale by ją przybliżyć należałoby nakreślić jasne zasady gry: kiedy i jakie cła zostaną wprowadzone, jaka będzie ich docelowa wysokość itd. Tymczasem administracja Trumpa serwuje światu chaos informacyjny, który dodatkowo pogłębia używanie ceł jako pałki przeciwko adwersarzom. Trudno ustalić, czy kiedy Trump straszy cłami na Meksyk i Kanadę, to chodzi mu fundamentalną zmianę relacji gospodarczych w Ameryce Północnej (koniec porozumień o wolnym handlu) czy tylko o doraźne przymuszenie sąsiadów do lepszego pilnowania granic.
W warunkach takiej niepewności trudno decydować się na inwestycje, które będą obliczone na kilka-kilkanaście lat.
Zobacz również:
W okowach nostalgii
Podczas swojego przemówienia inauguracyjnego Donald Trump zapowiedział dwie ważne zmiany na mapie.
Zatoka Meksykańska miała zostać przemianowana na Zatokę Amerykańską, a najwyższy szczyt Ameryki Północnej, Denali, ma znów być nazywany Mount McKinley. Był to nie tylko kolejny przykład odwracania przez Trumpa prób rewizji amerykańskiej historii (Denali to nazwa używana przez ludy zamieszkujące tamten rejon), ale także chęć uhonorowania samego Williama McKinleya, którego prezydent nazwał „królem ceł”.
Trumpowi wypominano później, że McKinley niedługo przed śmiercią z rąk zamachowca zrewidował swoje podejście do ceł i opowiedział się za bardziej swobodnym handlem.
Ale prezydent rzadko wnika w takie szczegóły. Przekonuje na przykład, że ostatnie dekady XIX wieku, kiedy amerykańskie cła sięgały blisko 50 proc., były jednocześnie czasem bogacenia się USA i wzrostu ich potęgi. Był to jednocześnie czas ogromnego rozwoju technologicznego i industrializacji, ogromnych społecznych nierówności, a także napływu imigrantów na ogromną skalę, co obniżało koszty pracy w USA. Wydatki państwa były zaś niewielkie, bo nie istniał system emerytur ani zabezpieczeń socjalnych, nie było państwowych programów opieki zdrowotnej, a USA nie potrzebowały najpotężniejszej armii na globie.
Teoretycznie można by sobie wyobrazić przywrócenie tego modelu, ale niewielu amerykańskich wyborców byłoby zachwyconych.
Zobacz również:
Na manowce może również prowadzić nostalgia za industrialną Ameryką z połowy XX wieku. Otwarcie nowych fabryk w USA nie sprawi, że na przedmieściach Detroit znów pojawią się domy dobrze sytuowanych robotników, z których mężowie co rano będą odjeżdżać do pracy, a po południu żony będą na nich czekała z obiadem.
Przyczyną spadku zatrudnienia w przemyśle było nie tylko przenoszenie fabryk do innych krajów, ale także postępująca automatyzacja.
Ten drugi proces, zwłaszcza w dobie sztucznej inteligencji, może jedynie ulec przyspieszeniu. Płace w tych nowych zakładach też nie mogą być nie wiadomo jak wysokie, jeśli mają one rywalizować cenowo z produktami, które dotychczas przypływały z innych krajów. Inaczej Amerykanie będą mieli do wyboru drogą produkcję krajową albo drogą (bo obłożoną cłami) produkcję zagraniczną.
Andrzej Kohut