Waleczna pani prezydent już niebawem rozprawi się z bandą terrorystów, chcących doprowadzić do załamania światowej gospodarki.
Wczoraj miał miejsce międzynarodowy pokaz przedpremierowy G20, czyli nowego hitu Prime Video, który już 10 kwietnia zostanie udostępniony subskrybentom platformy. Ja już sprawdziłem, jak Viola Davis sprawuje się w roli prezydentki USA i opowiem Wam, czy warto zainteresować się komedią akcji od Amazon.
Światowi przywódcy na celowniku
Zbliża się szczyt G20, czyli spotkanie przedstawicieli dwudziestu najbardziej wpływowych państw świata, podczas którego omawiane będą sprawy wspólnej polityki finansowej – w przypadku nowego filmu Amazon na świeczniku jest niezbyt oryginalny, ale zawsze aktualny temat głodu i ubóstwa. Pierwsze skrzypce w filmowym G20 mają grać Stany Zjednoczone, reprezentowane przez Danielle Sutton – charyzmatyczną przywódczynię z wojskową przeszłością, która zasłynęła z uratowania dziecka z walącego się budynku.
Śmietanka państwowych oficjeli w jednym budynku to wymarzony scenariusz dla grupy szalonych bandziorów, którzy pragną wprowadzić swój porządek świata – jak się pewnie domyślacie, właśnie z taką bandą porywaczy będziemy mieli do czynienia w G20. Co ciekawe jednak, za tym prostym pomysłem na scenariusz kryje się ważna lekcja dla nas wszystkich, będąca odzwierciedleniem nowych zagrożeń technologicznych. Bohaterowie będą musieli zmierzyć się bowiem z deekfake’ami, AI i niebezpieczeństwami, jakie niosą ze sobą kryptowaluty.
G20 – gdy film akcji spotyka rodzinną komedię
G20 to gatunkowo typowy film akcji i właśnie jako taka produkcja zapowiada się od pierwszych minut. Pani prezydent z militarnym doświadczeniem, służby specjalne i prywatna firma ochroniarska z wyposażeniem, jakiego mogłaby pozazdrościć niejedna armia państwowa. Na dodatek szybkie, dynamiczne ujęcia, dużo strzelania i wewnętrznych intryg, nadających produkcji odpowiedniego tempa. G20 wbrew pozorom nie jest jednak typowym, dojrzałym akcyjniakiem, jakiego można oczekiwać po obejrzeniu zwiastuna.
Amazon początkowo nie tym nie chwali, ale po przebrnięciu przez pierwsze 30 minut filmu okazuje się, że G20 ma w sobie wiele z familijnej komedii i choć brutalnych scen tam nie brakuje, to ostatecznie większy nacisk zostaje położny na iście rodzinne emocje.
Musicie bowiem wiedzieć, że na odbywający się w Kapsztadzie szczyt prezydent Sutton wybiera się w towarzystwie swoich bliskich – męża oraz dwójki pomysłowych dzieciaków. Gdy terroryści – którzy przedstawiają samych siebie jako zbawicieli świata – przejmują kontrolę nad konferencją, rodzinna współpraca okaże się nieoceniona w odzyskaniu kontroli nad sytuacją.
Przyznam, że początkowo ten przeskok na luźniejszy klimat komediowy był dla mnie małym zgrzytem, ale wynikało to z tego, że spodziewałem się po G20 większej powagi. Podchodzić do tej produkcji należ jednak jak do typowego filmu komercyjnego, który ma trafić do możliwie jak najszerszej grupy odbiorców. Wiążą się z tym pewne kompromisy, jak chociażby to, że dowodzeni przez kaprala Rutledge (w jego roli świetny jak zwykle Antony Starr) zachowują się momentami jak nieporadni rabusie z Kevina samego w domu. Będziecie też musieli przełknąć garść suchych żartów, wynagradzanych jednak momentami wzruszenia.
Amerykanie ratują świat (znowu)
Nawet przymykając oko na pewne niedoskonałości techniczne (do których zaraz wrócimy) dla mnie jako widza nieco ciężkie było przebrnięcie przez duszne motywy amerykańskiego patriotyzmu. G20 to film kierowany do typowego Johna Smitha (czy dowolnego innego odpowiednika naszego Kowalskiego), gdzie po raz kolejny kreuje się obraz USA jako mocarstwa z dumą noszącego brzemię bohatera odpowiedzialnego za ratowanie świata, co w obliczu obecnych wydarzeń na arenie międzynarodowej jest dość groteskowe.
Danielle Sutton jest tu uosobieniem waleczności, odpowiedzialności, sumienności, nieugiętości i do granic napompowanego patriotyzmu, podlanego również sosem z książkowego obrazu rodzica – surowego, lecz sprawiedliwego. Myślę, że nie tylko mi takie kreacje się już przejadły, bo brakuje w nich naturalności, ale mniejsza o to – G20 to wszakże prosta rozrywka, więc postarajcie się przymknąć na to oko.
Gdy już Wam się to uda, to otrzymacie coś na wzór Johna Wicka w spódnicy, czyli niespełna 59-letnią weterankę z kontuzją kolana, która zostawia za sobą stosy ciał uzbrojonych po zęby najemników. Fajne jest to, że G20 jest filmem dość krótkim (nieco ponad półtorej godziny), dzięki czemu siłą rzeczy akcja jest dynamiczna, a sceny dialogowe nie są przeciągnięte – mówiąc krócej, nie ma tu miejsca na nudę.
Fakt, sceny walki są momentami niespójne, czasem zbyt pocięte, ale w ogólnym rozrachunku fani rozwałki na ekranie nie powinni być rozczarowani. Jest też dość brutalnie, co kłóci się z ideą filmu familijnego, ale nie jest brutalność przesadzona, więc wpisuje się to w obraz uniwersalnej produkcji.
Warto docenić poruszenie tematyki zagrożeń związanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji do niecnych celów (wspomniany deepfake), bo grupa docelowa prawdopodobnie gdzieś o tym słyszała, ale raczej nie zdaje sobie sprawy, jak poważne mogą być konsekwencje wykorzystania takiego oprogramowania w celach terrorystycznych – film przedstawia to łopatologicznie, ale skutecznie.
G20 jawi się więc jako dobra propozycja na filmowy wieczór dla rodziców z nieco starszymi nastolatkami – jest bowiem sporo widowiskowej akcji, ale też kilka wzruszających momentów z ważnym przekazem. Po zaakceptowaniu przesadnej patetyczności można więc bawić się na nim naprawę nieźle.