Skip to main content
Rozrywka

Minecraft: Film – recenzja filmu

Autor 3 kwietnia 2025Brak komentarzy

Minecraft zadebiutował w 2009 roku i przyciągnął do siebie miliony ludzi z całego globu. Komputerowa gra survivalowa z otwartym światem, stworzona przez Markusa Perssona, pozwalała użytkownikom na rozwijanie wyobraźni. Była jak klocki LEGO, ale w wirtualnej odsłonie. Twórcy szybko zorientowali się, jaki mają skarb, i rozwinęli koncept. Dzieci zaczęły namawiać rodziców na zakup kolejnych rozszerzeń, zabawek, koszulek i innych gadżetów. To, że Hollywood zainteresuje się tym tytułem, było tylko kwestią czasu. Pomysł był jednak bardzo trudny do zrealizowania – i to nie pod względem wizualnym, a scenariuszowym. W Minecrafcie nie ma bowiem żadnej historii. To gracze kształtują ten świat wedle własnych upodobań. Film jednak potrzebuje fabuły i postaci, z którymi widz będzie mógł się jakoś utożsamić i którym zechce towarzyszyć podczas ich wędrówki. Za napisanie scenariusza zabrali się Chris Bowman i Hubbel Palmer, stojący za takimi produkcjami jak Asy bez kasy czy Szkoła moich koszmarów. Panowie postanowili skupić się na postaci kultowego Steve’a. Fani marki dobrze go kojarzą.

Nasz bohater, grany przez Jacka Blacka, od zawsze marzył o tym, by pracować w kopalni. Już od dziecka czuł, że to jego powołanie. Jednak los przygotował dla niego nudniejsze plany i wcisnął go w korporacyjne schematy, z których ten wyrwał się dopiero w dorosłym życiu. Wrócił do swojej pasji, a podczas drążenia jednego z tuneli natrafił na błękitną kostkę, która otwierała portal do magicznej krainy. W tym niezwykłym świecie człowiek może za sprawą swojej wyobraźni zbudować wszystko. Za pomocą kwadratowych bloczków Steve zaczął tworzyć miasto swoich marzeń. Pewnego dnia znalazł kolejny portal prowadzący do innego, bardziej mrocznego świata ze stworami przypominającymi warchlaki. Ich celem było wydobywanie złota i niszczenie tego, co stanie im na drodze. Dostęp do nowego miejsca, a co za tym idzie – do złóż złota, okazał się dla nich łakomym kąskiem. Pojmali więc Steve’a i zażądali, by otworzył z powrotem portal i umożliwił im inwazję. Minecraft potrzebował więc nowych obrońców. Nikt się nie spodziewał, że z odsieczą przybędzie narcystyczny Garett (Jason Momoa), który cały czas chełpi się zwycięstwem w turnieju growym sprzed 20 lat, chłopiec o imieniu Henry (Sebastian Hansen), jego siostra Natalie (Emma Myers) i sprzedawczyni nieruchomości Dawn (Danielle Brooks).

Scenariusz nie jest mocną stroną tej produkcji. Twórcy stanęli na głowie, by stworzyć zalążek jakiejś historii, ale niezbyt im to wyszło. Dostajemy połączenie ostatnich części Jumanji z Nacho Libre. Jednak wszystkie niedoskonałości fabularne zakopano pod toną żartów i ogromną charyzmą aktorów. Minecraft: Film to tak naprawdę show Jacka Blacka i Jasona Momoy. Panowie prześcigają się w tym, kto bardziej rozbawi widza. Black wygłupia się i realizuje wszystkie dziwne pomysły, które przyszły do głowy scenarzystom, reżyserowi i jemu samemu. Skacze, turla się, lata i śpiewa (bardzo dużo śpiewa). Dwoi się i troi, by widz nie miał czasu na analizowanie tego, co właśnie dzieje się w warstwie fabularnej. To jest zresztą kompletnie nieistotne! Liczy się szalona przygoda, którą właśnie przeżywamy. Momoa natomiast przyjął tę rolę, by trochę przełamać swój wizerunek. Grany przez niego Garett jest oczywiście napakowany, ale kompletnie nie potrafi zrobić użytku ze swoich mięśni. To typowy narcyz i tchórz. Jedyne, co umie, to opowiadać niestworzone historie o swoim heroizmie, ale gdy przychodzi co do czego, to jako pierwszy ucieka. Nikt wcześniej nie wpadł na to, by Momoę postawić w tak ostrej kontrze do postaci, które zazwyczaj gra.

Obaj panowie tak bardzo zawłaszczają ten film, że dla reszty obsady nie zostaje dużo miejsca. Prawdę mówiąc, Danielle Brooks, Emma Myers i Sebastian Hansen nie mają zbyt wiele do roboty. Można powiedzieć, że ich udział ogranicza się do towarzyszenia Blackowi i Momoi w ich przygodzie. Podobnie jest z pojawiającą się gościnnie Jennifer Coolidge, która gra kolejną wersję matki Stiflera. Widać, że wszyscy na planie zdali sobie sprawę, że tych dwóch rozpędzonych maszyn nie da się zatrzymać, więc najlepiej dołączyć do nich, a czasami zejść im z drogi. Emma Myers na przykład w znakomity sposób trolluje postać graną przez Momoę –  prostuje informacje, które ten wyrzuca z siebie z prędkością karabinu maszynowego. Ich potyczki słowne są świetnie napisane i jeszcze lepiej zagrane.

Jeśli chodzi o warstwę wizualną, Minecraft: Film cieszy oko. Twórcy znakomicie odtworzyli ten świat, dzięki czemu wygląda realistycznie. Udało się znaleźć rozwiązanie, by połączyć pikselowe bloki z naturalniejszymi kształtami. Krajobrazy, budynki, przedmioty, stwory  prezentują się fenomenalnie. Wydaje mi się, że fani tej gry będą naprawdę zadowoleni.

Widać też, że studio nie zamierza kończyć na jednej produkcji i już myśli, jak rozwinąć serię. Dostajemy tonę easter eggów, a scena po napisach sugeruje, w jakim kierunku mogłaby się potoczyć kolejna przygoda. Reżyser Jared Hess sam przyznaje, że wydarzenia w tym filmie nie są kanoniczne, a to tylko jedna z przygód, która mogła rozegrać się w tym świecie. Niewykluczone, że w kolejnej odsłonie zobaczymy zupełnie inne postaci przemierzające inny skrawek tej krainy. Możliwości jest mnóstwo.

Ekranizacje gier nie mają łatwo w Hollywood. Powstało w sumie ponad 50 projektów, opierających się na różnych tytułach, a tylko 7 (góra 10) z nich można nazwać udanymi. W przypadku Minecraft: Film gracze powinni być zadowoleni, przynajmniej ci najmłodsi.

Minecraft: Film