Tylko sam prezydent USA wie, co dokładnie znajduje się w „bombie”, którą zamierza zdetonować podczas swojego środowego wystąpienia w Ogrodzie Różanym Białego Domu. Ale jedno jest pewne: zapowiedziane cła karne oznaczają nagły koniec europejsko-amerykańskiej przyjaźni.
Partnerstwo amerykańsko-europejskie było niegdyś najpotężniejszym sojuszem na świecie. Razem pokonało nazistów, a następnie założyło NATO. To dzięki amerykańskiemu zastrzykowi finansowemu (planowi Marshalla) Europa była w stanie stanąć na nogi po II wojnie światowej. Przez dziesięciolecia Europa trzymała Sowietów na dystans dzięki strategicznie rozmieszczonej amerykańskiej broni nuklearnej na kontynencie.
Amerykanie położyli kres okrucieństwom wojennym w Bośni (1995) i Kosowie (1999), zniszczyli organizację terrorystyczną ISIS, a ostatnio przekształcili Ukrainę z bezbronnego outsidera w prawdziwą potęgę militarną. Europa ma za co dziękować „wielkiemu bratu” zza oceanu. A USA z radością przytuliły się do swojego „kontynentu pochodzenia” (wielu Amerykanów ma tu swoje korzenie).
Ciosy dla Europy
Kiedy Trump przemówi w środę w Białym Domu, solidarność transatlantycka dobiegnie końca. Początkowo ogłosił, że będzie odzwierciedlał istniejące cła nałożone przez inne kraje na amerykańskie produkty. Następnie mówił o 25-procentowych cłach na wszystkie samochody i o 10-15 krajach, które znalazły się na jego celowniku.
Wkrótce potem Trump ogłosił na zaimprowizowanej konferencji prasowej w swoim samolocie, że wpłynie to na „wszystkie kraje”. W szczególności skupiono się na UE, która według amerykańskiego prezydenta „została stworzona tylko po to, by nas wyeliminować”.
Ostatni raz Amerykanie byli tak bezwzględni wobec Europy 16 grudnia 1773 r., kiedy to grupa wściekłych pionierów wyrzuciła 342 skrzynki herbaty z brytyjskich kolonii do morza w porcie w Bostonie we frustracji z powodu nieuczciwej polityki handlowej królestwa.
2 kwietnia 2025 r. Trump i jego zespół prawdopodobnie zniszczą znacznie więcej. Niektórzy ostrzegają nawet, że nowa polityka handlowa może oznaczać koniec UE i koniec euro, a w najgorszym przypadku nawet gospodarcze połączenie Waszyngtonu i Moskwy.
Europejska broń
To postawiłoby Europę pod bezprecedensową presją. Trump prawdopodobnie wstrzymałby wszelkie działania militarne (takie jak pomoc wojskowa dla Ukrainy) ze skutkiem natychmiastowym, co zaszkodziłoby kumplowi gospodarczemu w Moskwie. We wtorek redakcje bliskie Kremlowi donosiły o możliwej umowie surowcowej, którą Trump chce wynegocjować z Władimirem Putinem. Rosyjsko-amerykański uścisk dłoni ponad głowami Europejczyków jest zatem czymś więcej niż tylko horrorem.
Jeśli spór handlowy dojdzie do skutku, Europa będzie musiała zadać sobie pytanie, czy powinna gościć Amerykanów w perspektywie krótkoterminowej i — jeśli to konieczne — zwrócić się do Chin. Serbia i Węgry robią to już dziś. Dlaczego nie spróbować szczęścia z Pekinem, jeśli Waszyngton się uprze?
Rosnące wpływy Chińczyków nie byłyby jedynym nieprzyjemnym skutkiem ubocznym „dnia wyzwolenia” (nawiasem mówiąc, tak właśnie Trump nazwał już swój dzień wyborów 5 listopada 2024 r.). UE — w końcu największy pojedynczy rynek na świecie — ma w rękawie szereg własnych broni handlowych, które mogą zepsuć imprezę taryfową Trumpa.
Jeden z niemieckich urzędników powiedział niedawno Blickowi na nieoficjalnym spotkaniu, że istnieją konkretne plany nałożenia wysokich ceł na firmy w republikańskich bastionach, takich jak Wisconsin (Harley Davidson) czy Tennessee (whisky), aby uświadomić wyborcom Trumpa, jak niszczycielska jest polityka ich prezydenta.
Donald Trump, 31 marca 2025 r.
„Będę mówił, że jestem Kanadyjczykiem”
Portal POLITICO odkrył, że amerykańskie banki mogą zostać ukarane znacznie wolniejszymi procedurami zatwierdzania, a firmy w USA mogą zostać wykluczone z przetargów publicznych w Europie. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ Amerykanie wydali w zeszłym roku ok. 50 mld dol. (193 mld zł) więcej na towary europejskie niż Europejczycy na towary amerykańskie. Śmieszna suma przy rocznym bilansie handlowym wynoszącym 1,7 bln dol. (6,6 bln zł).
Konsekwencje „dnia wyzwolenia” byłyby również nieprzyjemne dla ponad 20 mln amerykańskich turystów. Nie tylko ze względu na znacznie wyższe opłaty za lądowanie, które Europa mogłaby nałożyć na amerykańskie linie lotnicze. Ale także dlatego, że Amerykanie są narażeni na ogólne podejrzenia, że głosowali na Trumpa i tym samym wywołali ten bałagan. — Będę wszędzie mówił ludziom, że jestem Kanadyjczykiem — mówi Blickowi jeden z amerykańskich obywateli, który tego lata udaje się w podróż do Szwajcarii.
W jednym z bardziej beztroskich momentów sam Trump zasugerował, że chce być „bardzo miły” w środę i dać niektórym krajom „przerwę”. Europa drży. Stary Świat nie nauczył się jeszcze, jak radzić sobie z geopolityczną niepewnością. Będzie musiał to szybko zmienić. Bez względu na to, jak „wyzwalający” okaże się „dzień wyzwolenia” Trumpa.