Skip to main content

Nieumiejętność przekonania do siebie opinii publicznej grozi pogorszeniem nastrojów. Wyborcy już teraz czują się zaniedbywani po latach ograniczania nakładów na usługi publiczne. Niezadowolenie z powodu wysokich wydatków na obronę może podsycić jeszcze większe rozgoryczenie, a to może doprowadzić do wzrostu popularności skrajnie prawicowych, prorosyjskich populistów.

Remilitaryzacja kontynentu jest kosztowna, a obywatele powinni nie tylko zrozumieć, ale także zaakceptować finansowe poświęcenia, jakie się z tym wiążą. Europejczycy muszą zdecydować, czy są gotowi ponieść koszty kształtowania swojej przyszłości, czy też zaryzykować, że zostanie ona ukształtowana za nich.

Zeszłoroczne wybory już pokazały wyraźny trend. Populistyczna prawica zyskała na popularności we Francji, Portugalii, Belgii i Austrii. Ich dalszy sukces zdestabilizowałby europejskie bezpieczeństwo w podobny sposób, w jaki obecna administracja USA zakłóca strategiczne zobowiązania Ameryki.

Przez dziesięciolecia wysiłki na rzecz ujednolicenia europejskiej polityki obronnej kończyły się niepowodzeniem, głównie z powodu obaw o podważenie NATO i zrażenie do siebie Stanów Zjednoczonych. Zamiast tego, integracja europejska koncentrowała się na współpracy gospodarczej, a UE była postrzegana jako projekt pokojowy, a nie sojusz obronny.

Agresja Rosji oraz ostatnio nieprzewidywalne i antagonistyczne Stany Zjednoczone zmusiły państwa europejskie do ponownego przemyślenia tej kwestii. Ponieważ amerykański parasol bezpieczeństwa stoi pod znakiem zapytania, Europa jest teraz osamotniona. A jeśli sojusz chce bronić swoich wartości, interesów i ludzi, będzie musiał poważnie potraktować własną obronę.

UE wychodzi z cienia NATO

Na szczęście sojusz już czyni zdecydowane kroki w tym kierunku, co oznacza radykalne odejście od fragmentarycznych postępów w europejskiej polityce bezpieczeństwa obserwowanych od zakończenia zimnej wojny. Rozwija się europejski Zeitenwende — punkt zwrotny. Podczas gdy wspólne zakupy sprzętu wojskowego były kiedyś postrzegane jako odległa fantazja, wspólne finansowanie obronności stało się obecnie centralnym zagadnieniem w Europie. Gdy jednak UE wychodzi z cienia NATO, stawka polityczna rośnie.

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, prezydent Francji Emmanuel Macron i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski uczestniczą w spotkaniu w ramach szczytu „koalicji chętnych” w Pałacu Elizejskim w Paryżu, 27 marca 2025 r. LUDOVIC MARIN / POOL / AFP / AFP

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, prezydent Francji Emmanuel Macron i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski uczestniczą w spotkaniu w ramach szczytu „koalicji chętnych” w Pałacu Elizejskim w Paryżu, 27 marca 2025 r.

Koszty zbrojeń i gotowości wojskowej będą miały bezpośredni wpływ na europejskich wyborców, którzy tradycyjnie priorytetowo traktują wydatki na opiekę społeczną. Wspomnienie polityki zaciskania pasa już wisi nad blokiem. W zeszłym roku UE zaproponowała cięcia budżetowe w wysokości ponad miliarda euro w kluczowych programach, a także dalsze programy oszczędnościowe nakazujące cięcia w wysokości ponad 100 mld euro (417 mld zł) w celu redukcji deficytu.

Dalsze ograniczanie europejskiego państwa opiekuńczego jeszcze bardziej dotknie i tak już poobijany kontynent, a zdobycie poparcia dla jego rosnących ambicji obronnych będzie balansowaniem na cienkiej linie — zwłaszcza że sondaże sugerują, że poparcie społeczne dla obronności spada.

Europa potrzebuje przekonującej narracji

Według badania Eurobarometru z końca 2023 r. tylko 60 proc. Europejczyków poparło finansowanie dostaw broni. Co więcej, badania przeprowadzone przez Bertelsmann Stiftung (znane jako eupinions) wykazały, że entuzjazm dla głębszej europejskiej współpracy obronnej słabnie: w Hiszpanii poparcie spadło z 92 proc. na początku 2022 r. do 83 proc. pod koniec 2024 r., a we Francji z 87 proc. do 71 proc. w tym samym okresie.

Badanie European Council on Foreign Relations z połowy 2024 r. potwierdziło te ustalenia, ujawniając, że większość obywateli we Francji i Włoszech sprzeciwia się zwiększeniu wydatków na obronę, jeśli odbywałoby się to kosztem opieki zdrowotnej i edukacji.

Było to jednak przed powrotem prezydenta USA Donalda Trumpa do Białego Domu i jego odwróceniem się od UE. Od tego czasu świat zmienił się w wyniku wstrząsów wywołanych przez Trumpa, a bez amerykańskich gwarancji potrzeba bezpieczeństwa w Europie może skłonić obywateli do priorytetowego traktowania kwestii dozbrojenia.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Aby to ułatwić, europejscy przywódcy muszą stworzyć przekonującą narrację, która odda zarówno geopolityczną pilność chwili, jak i poświęcenia potrzebne do jej zaspokojenia. Bez przejrzystego i uczciwego dialogu na temat kompromisów, ambicje Europy w zakresie bezpieczeństwa mogą bowiem zostać zniweczone przy urnach wyborczych.

Nieprzewidywalność polityki Stanów Zjednoczonych dodaje oczywiście kolejną warstwę złożoności. Na przykład, gdyby Trump nagle zamienił się w zwolennika NATO, przyszłość nowego europejskiego sojuszu stanęłaby pod znakiem zapytania. Na razie jednak NATO pozostaje coraz bardziej odsunięte na boczny tor i marginalizowane, a Trump jest konsekwentny w swoich krytycznych uwagach wobec sojuszu, a także w ustępstwach wobec prezydenta Rosji Władimira Putina.

Bez zdecydowanych zapewnień ze strony Waszyngtonu, transatlantycki porządek bezpieczeństwa będzie się nadal zmieniał. Niegdyś oczywisty przepływ amerykańskiej broni do europejskich sojuszników nie jest już gwarantowany, a ponieważ UE chce teraz polegać na własnym przemyśle obronnym, europejscy i amerykańscy producenci broni prawdopodobnie będą zaciekle konkurować o globalne rynki w nadchodzących latach.

Wszystko to może sprawić, że Europa stanie się główną potęgą militarną po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej, ale będzie to wymagało szerokiego poparcia społecznego. Europejczycy muszą zdecydować, czy są gotowi ponieść koszty kształtowania swojej przyszłości, czy też zaryzykować, że zostanie ona ukształtowana za nich.